czy chwalenie się jest grzechem

Naszym zdaniem tak, a poniżej opowiemy Wam dlaczego i jak to robić właściwie. Chwalenie pracowników to działanie pośrednie pomiędzy motywowaniem zespołu a odpowiednim zarządzaniem, w którym ważna jest jasna i precyzyjna komunikacja. Często obawiamy się tego, że pochwała wywoła u pracowników stagnację i brak chęci do dalszego Wystawiamy się wówczas na zranienie. Ktoś może nas ocenić lub odrzucić. Warto zatem mowić o swoich uczuciach zaufanej osobie. Otrzymanie zrozumienia i wsparcia kształtuje w nas postawę empatii i współczucia. Praca nad uczuciami jest procesem. Radzenie sobie z emocjami nie jest projektem na jakiś czas. Czy ufność w szczęście jest dla chrześcijan grzechem? Z biblijnego punktu widzenia poleganie na szczęściu oznacza zaprzeczenie suwerennej władzy Boga nad stworzeniem. Szczęście wywodzi się z niebiblijnego światopoglądu, który postrzega życie jako rządzone przez przypadek, a nie przez godnego zaufania Boga. Grzech jest czynem świadczącym o zaniedbaniu miłości Bożej, o niestosowaniu się w życiu do przykazań Bożych. Nad relację z Bogiem przedkładane są inne dobra, które w hierarchii wartości Chrześcijanina nie powinny przewyższać szacunku i miłości do Jezusa.Grzechy lekkie często są bagatelizowane i zaniedbywane. Jednak nawet 2. Marzenia - to świadome i dobrowolne zatrzymywanie się z upodobaniem na wyobrażeniach nieczystych rzeczy >(obrazów, czynów), bez chęci czynienia ich. Jest to grzech ciężki. 3. Pragnienia - to chęć, pożądanie popełnienia nieczystości. Także jest grzechem ciężkim, a jego złość zależy od tego, >czego się pragnie. nonton drama my girlfriend is alien season 2 sub indo. Spowiedź z poczucia obowiązku sama w sobie nie jest czymś złym, nawet jeśli nasze postanowienie poprawy jest bardzo niedoskonałe - mówi Dariusz Kowalczyk SJ. Ojcze Profesorze, zdajemy sobie sprawę, że Pan Bóg jest miłosierny i w swojej miłości przebaczy nam grzechy, które szczerze wyznamy, ale jak wyznać szczerze grzechy, kiedy "boimy się" reakcji księdza? Jeśli odczuwamy coś, co nazywamy strachem przed spowiednikiem, to warto się nad tym dłużej zastanowić. Na czym ten "strach" właściwie polega i jakie są jego przyczyny? Jest rzeczą naturalną, iż wyznawanie grzechów, szczególnie niektórych, nie przychodzi nam łatwo. Odczuwamy wstyd, zażenowanie. Boimy się, że usłyszymy od spowiednika coś, co będzie dla nas trudne. W tej sytuacji trzeba sobie uświadomić, że tego rodzaju emocje są częścią pokuty. Wyznawanie grzechów nie jest błahostką, ale sakramentem właśnie pokuty. Bóg jest miłosierny, lecz to nie znaczy, że mamy "bezstresowo" podchodzić do naszych grzechów, bo przecież i tak nam przebaczy… Może być też tak, że mieliśmy jakieś niedobre doświadczenie w konfesjonale, które rzutuje na teraźniejszość. W takiej sytuacji pomódlmy się za spowiednika, który nas zranił. Może zabrakło mu kompetencji, może miał zły dzień, może jest cukrzykiem i miał trudny moment właśnie, kiedy mnie spowiadał… I powierzmy nasze zranienie Bogu. Warto w tym kontekście wspomnieć tutaj o tym, co opowiedział mi pewien współbrat. Poszedł kiedyś do spowiedzi do jednej z rzymskich bazylik. Spowiednik w pewnym momencie zaczął na niego krzyczeć, ale współbrat nie miał pojęcia, z jakiego powodu. Sytuacja zrobił się na tyle absurdalna, iż współbrat oznajmił spowiednikowi, że chyba zaszło jakieś nieporozumienie i wstał od konfesjonału. Wyspowiadał się u innego spowiednika. "Przecież nikogo nie zabiłem, nie mam grzechu ciężkiego, po co mam iść do spowiedzi?" - nie raz słyszę od znajomych. Grzech ciężki to przecież nie tylko zabójstwo? Warto tutaj zauważyć, że przez wiele wieków sakramentalna pokuta odnosiła się jedynie do grzechów ciężkich. Nieznana była w Kościele spowiedź sakramentalna z grzechów lekkich, które ze swej natury mogą zostać odpuszczone na wiele innych sposobów. Dość powiedzieć, że taki na przykład św. Augustyn po swoim nawróceniu i przyjęciu chrztu nigdy nie musiał przystępować do kanonicznej pokuty. Na przestrzeni wieków praktyka się zmieniła, choć istota pozostała ta sama. Obecnie drugie przykazanie kościelne mówi, że każdy wierny jest zobowiązany przynajmniej raz w roku spowiadać się ze swoich grzechów. Ponadto jesteśmy zachęcani do tzw. spowiedzi z pobożności, czyli z grzechów lekkich, które jako takie nie są przeszkodą, by przyjąć Komunię świętą. Dlaczego zatem się spowiadać, skoro sumienie nie wyrzuca nam żadnego grzechu ciężkiego? Sądzę, że wiele osób mogłoby w oparciu o własne doświadczenie odpowiedzieć, że praktykują regularną spowiedź, bo czują się do niej zaproszeni przez Chrystusa, który jest obecny i działa w swoim Kościele. Nie powinniśmy ograniczać swego religijnego życia tylko do tego, co konieczne, co nas obowiązuje pod sankcja grzechu ciężkiego. Warto rozwijać się, otwierać się na działanie Boga we własnym życiu, nieustannie nawracać… Regularna spowiedź może nam w tym pomóc. Bywa też tak, że przekonywanie siebie i innych, że nie ma się żadnej potrzeby, by pójść do spowiedzi, wskazuje na jakiś ukryty problem. Może czujemy, że spowiedź sakramentalna coś w nas odkryje, do czego sami przed sobą nie chcemy się przyznać tkwiąc w pewnym zakłamaniu. Po szczerej spowiedzi, po odejściu od kratek konfesjonału - w oczach mamy łzy… I znowu jesteśmy blisko Pana Boga, pewni, że chcemy skończyć z grzechem… Dlaczego niekiedy aż tak trudno porzucić to, co niszczy miłość i wiarę a często prowadzi donikąd? To jest pytanie: Czy rzeczywiście chcemy skończyć z grzechem? Innymi słowy: Czy chcemy się nawracać? Niekiedy traktujemy spowiedź nie jako element rzeczywistego nawrócenia, ale jako jedynie obowiązek albo ryt, który pozwala nam poczuć się lepiej. Można by rozróżnić pomiędzy chrześcijańskim i pogańskim traktowaniem spowiedzi. W postawie chrześcijańskiej chodzi o nawracanie serca ku Bogu w Kościele i konkretne szukanie woli Bożej. Pogańskie (magiczne) traktowanie spowiedzi polega natomiast na odbyciu rytu, który daje mi na moment poczucie czystości, aby móc przyjąć Komunię, przez co mogę zapewnić sobie przychylność Boga. Tymczasem trzeba pamiętać, że uzyskanie sakramentalnego odpuszczenia grzechów, to nie jednorazowe wydarzenie, ale element drogi. Potrzebny jest ciąg dalszy. Trzeba prosić Boga, abym ujrzał brzydotę grzechu, abym nie dawał się oszukiwać po raz kolejny pokusom przedstawiającym grzech jako coś dla mnie przyjemnego, dobrego. Są grzechy, które bywają swego rodzaju nałogiem. Ich popełnianie przynosi nam chwilową ulgę. Grzeszymy też niekiedy z lęku… Krzywdzimy innych, bo się boimy, że inni skrzywdzą nas, że coś stracimy. Nie wystarczy zatem krótki rachunek sumienia przed traktowaną rytualnie spowiedzią. Warto regularnie podejmować na modlitwie refleksję nad swymi postawami i czynami. Taka refleksja to nic innego, jak rachunek sumienia. Mistrzem może być tutaj św. Ignacy Loyola, który dał nam wiele wskazówek na temat, jak robić regularny, codzienny rachunek sumienia. (zobacz rownież: Rachunek sumienia w codziennej modlitwie) Co w momencie, kiedy spowiedź traktujemy jako obowiązek? Czy taka spowiedź jest ważna? Wyznajemy grzech, ale i tak wiemy, że jeszcze z nim nie skończymy… Spowiedź z poczucia obowiązku sama w sobie nie jest czymś złym, nawet jeśli nasze postanowienie poprawy jest bardzo niedoskonałe. Wręcz przeciwnie, pozwala nam nie zagubić się zupełnie. Ale jesteśmy wezwani do czegoś więcej. Bo przecież Bóg chce wejść z nami w osobistą relację, a nie być jedynie jakimś Policjantem patrzącym, czy wypełniamy obowiązki. Weźmy przykład. Ktoś spowiada się od lat, że opuszcza niedzielną Mszę świętą. Spowiada się i znowu opuszcza. Nie ma żadnej poprawy. I prawdopodobnie nie będzie, jeśli niedzielna Msza jest traktowana jedynie jako w gruncie rzeczy niezrozumiały, formalny obowiązek. Sytuacja może zacząć się zmieniać, kiedy doświadczymy Jezusa osobiście, kiedy w spowiedzi spotkamy Jezusa, który mówi mi: Kocham Cię, pragnę, abyś był blisko Mnie, bo to dla Ciebie dobre; nie odchodź ode mnie w grzech. Wówczas Msza staje się spotkaniem z żywym Bogiem, który nas zaprasza do stołu Słowa, Ciała i Krwi Pańskiej. Wówczas tak zaplanujemy niedzielę, aby być na Mszy, bo będziemy czuli się zaproszeni przez samego Boga. Może nie wszystko od razu będzie idealnie, ale coś drgnie i spowiedź przestanie być swoistym wahadłem: grzech, przebaczenie, ten sam grzech itd. Poczujemy, że nie kręcimy się w kółko, ale idziemy naprzód. Jeśli będziemy mieć w sercu obraz kochającego i wybaczającego Boga, nie będzie wiązało się to z przyzwoleniem na "małe grzeszki"? Przecież wiemy, że Pan Bóg i tak nam wybaczy… Wyobraźmy sobie syna, który rani matkę, ale matka mu zawsze przebacza, z czego syn wyciąga wniosek, że może matkę zranić kolejny raz, bo i tak mu przebaczy. Powiemy, i będziemy mieli rację, że to chora sytuacja, a nie doświadczenie miłosierdzia. Bóg robi wszystko, aby ocalić grzesznika, ale brzydzi się grzechem. Kategoria "gniewu Bożego" wciąż jest aktualna. W Bogu gniew jest wyrazem miłości, która cierpi, kiedy grzech niszczy człowieka. Jezus modli się z krzyża za swoich prześladowców, ale wcześniej wypowiada wiele mocnych słów chłoszcząc zakłamanie, obłudę, niesprawiedliwość. Nie róbmy z orędzia o miłosierdziu usprawiedliwienia dla naszego zakłamania i przywiązania do grzechu. Pamiętajmy też o słowach Jezusa: "Nie każdy, który Mi mówi: «Panie, Panie!», wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie" (Mt 7,21). W życiu chrześcijańskim chodzi o rozeznawanie i pełnienie woli Ojca. Przystępując do spowiedzi, trzeba mieć w sercu prawdziwy, ewangeliczny obraz Boga. A Bóg Jezusa Chrystusa, to Bóg miłosierny, który jednak wypali każdy grzech, bo w Bożym Królestwie nie ma miejsca dla grzechu. Z grzechem bowiem nie ma żartów. Jego owocem ostatecznie jest śmierć. Grzech nas oblepia i może sprawić, że już nie będziemy zdolni otworzyć się na Boże miłosierdzie. Zauważmy, że postawa: "Mogę trochę pogrzeszyć, bo Bóg i tak mi wybaczy", znajduje się blisko tego, co Pismo święte nazywa "grzechem przeciwko Duchowi Świętemu". Grzech ten nie może zostać przebaczony, ale nie dlatego, że miłosierdzie Boże jest ograniczone, lecz dlatego, że człowiek lekceważąc działanie Ducha staje się zamknięty na Boga i przebaczenia po prostu nie przyjmuje. A co z grzechami, które wstydzimy się wyznać? O tym już trochę mówiliśmy, wstyd łączy się bowiem z lękiem. Wstyd może być zdrową reakcją na nasze czyny. Wstydzimy się, bo jest czego się wstydzić. Nie jesteśmy bezwstydni, i dobrze. Ale istnieje też wstyd nieadekwatny do sytuacji, który wcale nie pomaga nam w nawróceniu, ale sprawia, że zamykamy się sami w sobie. Dobry, zdrowy wstyd idzie w parze z pokorą. Zły, chory wstyd jest natomiast przejawem pychy, często ukrytej. Poczucie wstydu może stać punktem wyjścia do refleksji nad sobą, do rachunku sumienia. Możemy sobie zadać sobie pytania: Jakich uczynków i myśli się wstydzę? Dlaczego właśnie tych? Najbardziej wstydliwe wydają się grzechy dotyczące seksualności, na przykład masturbacja. Być może jednak powinniśmy odczuwać większy wstyd z powodu innych grzechów, takich jak na przykład złe mówienie o innych, bezsensowne kłótnie, chciwość, egoizm. Niekiedy sądzimy, że grzechy, których najbardziej się wstydzimy, są najcięższe, i w konsekwencji koncentrujemy się na nich. Ale to może być błędem, który sprawia, że przez całe lata nie dostrzegamy tego, co najważniejsze w duchowym, moralnym wymiarze naszego życia. Prośmy Boga o zdrowe poczucie wstydu, które, nawet jeśli jest przykre, stanowi swoistą busolę w rozeznawaniu między dobrem i złem. Przychodzi mi jeszcze jeden konkretny aspekt poruszanej sprawy. Niekiedy jest tak, że wstydzimy się, bo znamy osobiście księdza, który siedzi w konfesjonale. Można to zrozumieć. Dlatego nie ma niczego złego w tym, by - o ile to możliwe - wybrać sobie spowiedź o księdza, który nas nie zna. Trzeba jednak uważać, by tak postępując nie wejść w jakąś nieszczerość przed Bogiem i przed samym sobą. Wstyd przed znajomym księdzem może bowiem brać się z tego, że nie chcemy poprawiać się z popełnianych grzechów. Mimo, że postanawiamy poprawę poprawy - do konfesjonałów są długie kolejki… Czy jesteśmy zbyt słabi? Czy zbyt często nie potrafimy “odciąć się" od grzechu? Jan Paweł II też często się spowiadał, chociaż w kolejce do konfesjonału nie stał. Spowiednicy przychodzili do niego. Z tego jednak nie wynika, że nie potrafił odcinać się od grzechu. W tzw. spowiedzi z pobożności, kiedy penitentowi sumienie nie wyrzuca żadnych grzechów ciężkich, chodzi nie tyle o odcinanie się od poważnych grzechów, do których ciągle powracamy, ale o realizowanie coraz większego dobra. Kiedy skonfrontujemy nasze codzienne życie z przykazaniem miłości Boga i bliźniego, to zawsze dostrzeżemy niedostatki, czy też zaniedbania. Jesteśmy słabi, ale nie na tym polega nasz główny problem. Św. Paweł, Apostoł narodów, też doświadczał słabości. Ale kiedy prosił, by Pan odjął od niego tę słabość, to usłyszał: "Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali". Z czego Apostoł wyciąga konkluzję: "Będę się chlubił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa" (2 Kor 12,9). Właśnie! Spowiedź może nam pomóc w zobaczeniu swoich słabości i w otworzeniu się na Chrystusową moc. Nie martwiłbym się zatem długimi kolejkami do spowiedzi. One mnie cieszą. Oby tylko te spowiedzi przynosiły większy, chciany przez Boga, owoc. W wymiarze indywidualnym, ale także społecznym. Dlatego tak ważne jest, byśmy w sakramencie pokuty widzieli żywego Boga, który nas kocha i mówi nam prawdę, a nie "magiczny" ryt oczyszczenia. Gość 19:49 Mam jakiegoś czasu słucham rapera (...) Który dużo przeklina kiedy dowiedziałem się że to grzech. Przestałem go słuchać,mam pytanie czy grzechem jest Słuchanie piosenki z przeklenstwami nie dla tekstu? chwalenie się w piosenkach dla tak zwanego "image"To grzech? 1. Pewnie się nie znam. Ale czy to nie jest tak, że w rapie liczą się głowni słowa? Przecież melodii to właściwie żadnej nie ma, a rytm jest do bólu powtarzalny... 2. A nie w piosenkach można? Akurat z tego chyba nie ma co robić wielkiego problemu. Tyle że pozerstwo jest po prostu śmieszne. Niezależnie od tego, czy taki samochwałą to raper, kolega z klasy, szef w pracy czy ksiądz. J. Zasadnicza różnica! Chwalenie jest niekonkretne, a docenia się za coś. Chwalenie wzbudza podejrzliwość i może nie przynosić korzyści, za to docenianie buduje poczucie wartości i informuje, co zostało wykonane dobrze. Nie mówimy więc: „Jesteś super”, ale np: „Myślę, że jesteś dobry w ortografii, twoje wypracowanie prawie nie ma błędów”. Samo – „Jesteś super”, wzbudza pytania: Co to znaczy super? Czy, aby na pewno jestem dobry, a może chwalą mnie na wyrost? Jeśli wiem, dlaczego jestem wart docenienia, mogę na tym budować następne sukcesy, daje mi to pewność siebie gwarancję, że w czymś jestem dobry i mogę sobie zaufać. Temat doceniania i chwalenia przyszedł mi do głowy z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że ciągle jest mało obecny w szkole. A po drugie jak bumerang pojawiają się artykuły o szkodliwości chwalenia młodych ludzi. W ostatnim numerze pisma Focus (6/189) w artykule Andrzeja Federowicza pt.: Azjatyckie tygrysy kontra zachodnie mięczaki, czytamy: „Przesadne zadowolenie z siebie może zabić największy talent” . Dalej przytaczane są badanie mające świadczyć o tym, że osoby chwalone i doceniane nie podejmują wyzwań. Claudia Muller przeprowadziła eksperyment, w którym wszystkim dzieciom powiedziano, że poradziły sobie z zadaniem wspaniale, ale tylko połowa dzieci została pochwalona za wysoką inteligencję, reszta usłyszała, że „solidnie się napracowały”. W następnym sprawdzianie, w którym uczniowie mogli sami wybrać zadania w zależności od ich trudności, pierwsza połowa uczniów decydowała się na zadania łatwiejsze. Pozostali nie bali się ryzyka. Dla mnie jest to nie do uwierzenia. Może przyczyna leży właśnie w chwaleniu, a nie – docenianiu? Nie wiem, ale martwią mnie wnioski, które pochopnie można wyciągnąć z tak przedstawionych badań. Czytamy w artykule: „Okazało się, że ci, którzy mocno wierzyli w swoje możliwości, wcale nie osiągali później lepszych wyników” Na koniec artykułu polecana jest książka Amy Chua, w której matka dwóch córek propaguje twardy „wychów” dzieci. Może (na pewno tak) nie jestem naukowcem przeprowadzającym BADANIA. Kieruję się tylko długoletnim doświadczeniem pracy nauczycielskiej. A z niego wynika, że kwiat niepodlewany więdnie, zaś dziecko niedoceniane traci! Rozmawiałam dziś ze studentką, która zwierzyła i się z historii poniżeń jakie przeszła w szkole. Nagany za literę b pisaną odwrotnie, za brzydki charakter leworęcznego pisma, za kiepskie rysunki, za brak sukcesów w matematyce itd. Teraz kończy studia, używa komputera. Nie ma znaczenia, czy bazgrze i jak pisze b, zapisała się na kurs rysunku i okazuje się, że idzie jej nieźle. Ale niestety nie wierzy w siebie, nie wierzy, że jej się coś uda, chciałby, aby ktoś jej powiedział co ma w życiu robić, boi się pracy i nowych wyzwań. A może to odosobniony przypadek? Kto krzywdzi człowieka, ten zadaje ból Bogu, bo Jezus utożsamia się z każdym z nas. Rozumienie grzechu w świetle Ewangelii jest czymś zupełnie wyjątkowym w porównaniu ze wszystkimi innymi religiami czy systemami etycznymi. W innych religiach czy systemach moralnych grzech sprowadza się do obrazy jakiegoś bóstwa czy do kary za przekroczenie określonych nakazów i zakazów moralnych. W pewnym stopniu także Stary Testament ukazuje grzech w tych kategoriach. Tymczasem Jezus Chrystus objawia nam zupełnie inne, nowe i zaskakujące znaczenie grzechu. Otóż w świetle Ewangelii istotą grzechu nie jest naruszenie zasad moralnych czy obrażanie Boga, lecz krzywdzenie człowieka pomimo świadomości, że w każdym z nas mieszka Bóg. W Jezusie Chrystusie Bóg do tego stopnia pokochał człowieka, że utożsamia się z każdym z nas: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci Moich najmniejszych, mnieście uczynili” (Mt 25, 40). Tylko my, chrześcijanie, wiemy, że jeśli mąż uderza żonę, to jego cios rani najpierw serce Jezusa i dopiero wtedy dociera do krzywdzonej kobiety. Podobnie tylko my, chrześcijanie, wiemy, że jeśli ktoś z nas wyrządza krzywdę samemu sobie, na przykład sięgając po narkotyk czy oglądając pornografię, to wtedy najpierw cierpi Jezus, który w nas mieszka i który z miłości do nas wczuwa się w naszą sytuację. W innych religiach ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, że krzywdząc człowieka, zadają cierpienie samemu Bogu. Jezus zasłania nas przed krzywdą i grzechem własnym ciałem i własnym sercem. Gdy patrzymy na filmy, które pokazują podróże prezydenta jakiegoś mocarstwa, to widzimy, że jest on otoczony przez wielu ochroniarzy. Jednych rozpoznajemy natychmiast, a inni ukrywają się w tłumie ludzi. Ochroniarze prezydenta wiedzą, że mają zasłaniać go swoim ciałem, gdy zajdzie taka potrzeba. W razie bezpośredniego ataku powinni obronić go nawet kosztem własnego życia. Tymczasem dzięki Ewangelii wiemy, że każdy z nas jest nieporównywalnie lepiej chroniony i nieskończenie bardziej cenny niż prezydent największego nawet mocarstwa. Naszym osobistym ochroniarzem jest bowiem sam Bóg. On chroni nas sobą aż do oddania za nas życia na krzyżu. Czyni tak z miłości do ciebie i do mnie, a nie dlatego, że został w ten sposób wyszkolony czy że – jak ochroniarzom prezydenta - ktoś płaci Mu za to wysoką pensję. Bóg jest naszym osobistym obrońcą! On jest naszą skałą, twierdzą i zamkiem warownym! Bóg utożsamia się z nami i z tym, co się z nami dzieje. Nasz los jest dla Niego ważniejszy niż Jego własny los! Jezus chroni nas dosłownie samym sobą. On chroni nas przed krzywdami, które ktoś inny chciałby nam wyrządzić, a także przed naszymi własnymi słabościami. Miłość chroni przed grzechem. Najlepszą obroną przed grzechem jest pewność, że Bóg kocha mnie także wtedy, gdy grzeszę. Dzięki Ewangelii już wiemy, że grzech popełnia ten, kto krzywdzi innych ludzi lub samego siebie pomimo świadomości, że w tych ludziach i w nim samym mieszka Bóg, który się z nami utożsamia i który posłał do nas swojego Syna, który odtąd chroni nas samym sobą. Łatwiej jest krzywdzić ludzi wtedy, gdy nie wiemy, że ich obrońcą jest Bóg, który utożsamia się z ich losem i przeżyciami. Zawsze możemy znaleźć jakieś „usprawiedliwienie” dla naszych grzesznych czynów wtedy, gdy nie wiemy, że Bóg związał swój los z losem człowieka. Na przykład, możemy powiedzieć sobie, że nasi bliźni są niedoskonali, że czasem zadają nam cierpienie i że „zasługują”, byśmy ich skrzywdzili. Nie znajdziemy natomiast nawet pretekstu, by usprawiedliwić krzywdzenie niewinnego Boga. W świetle Ewangelii grzech mają ci, którzy wyrządzają zło sobie czy bliźnim mimo świadomości, że w ten sposób najpierw ranią serce Zbawiciela. Świadomość tego, że Bóg chroni sobą ciebie i mnie, mobilizuje nas do walki z grzechem nieskończenie bardziej niż strach przed konsekwencjami popełnianego zła czy przed piekłem. Nie wzrusza i nie mobilizuje nas do życia zgodnego z przykazaniami taki Bóg, który by się obrażał czy który by nas karał. Wtedy odpowiedzią byłby raczej bunt, obojętność lub chowanie się przed Bogiem niż nawrócenie. Ogromnie nas natomiast porusza i mobilizuje Bóg prawdziwy, który w Jezusie upewnił nas o tym, że się z nami utożsamia i że z nami cierpi, gdy my cierpimy. Najbardziej mobilizuje mnie do czujności i pracy nad sobą Bóg, który kocha nas w każdej sytuacji i za każdą cenę. Dzięki Jezusowi już wiem, że Bóg kocha nas także wtedy, gdy jesteśmy jeszcze grzesznikami. Stwórca nie odwołuje miłości do nas, nie przekreśla nas nawet wówczas, gdy Go lekceważmy czy gdy chcemy wyrzucić Go z naszego życia. On także wtedy pragnie naszego ocalenia. Chce, byśmy się nawrócili i byli szczęśliwi. Moralność ratuje przed grzechem. Moralność to inteligencja, dzięki której odróżniam to, co prowadzi do życia, od tego, co prowadzi do śmierci. Kilka lat temu pewien dziennikarz poprosił mnie o wywiad na temat chrześcijańskiej moralności. Przytoczył najpierw badania socjologiczne, z których wynikało, że młodych ludzi najbardziej zraża do Kościoła to, że księża ciągle przypominają o potrzebie respektowania Bożych przykazań i norm moralnych. Wyjaśniłem wtedy, że takie rozumowanie jest naiwne i po części zawinione przez tych księży, którzy w nieudolny sposób wyjaśniają sens Dekalogu. Stwierdziłem, że dla mnie Boże przykazania są zaszczytem i wyróżnieniem. To przecież wielki zaszczyt i ogromne wyróżnienie, że Bóg proponuje mi życie w wolności od zła i trwanie w świętości dziecka Bożego. To ogromna łaska i wielkie wyróżnienie, że Bóg mobilizuje mnie do tego, bym nikogo nie krzywdził, lecz bym kochał tak, jak On pierwszy mnie i ciebie pokochał. Nieznośnym ciężarem staje się życie wtedy, gdy ktoś nie słucha Boga i łamie Jego przykazania. Zabójstwo, cudzołóstwo, kradzież, kłamstwo, pożądanie, brak szacunku wobec własnych rodziców czy stawianie jakiegoś człowieka czy przedmiotu w miejsce Boga to najkrótsza droga do bolesnych krzywd, do nieznośnego cierpienia i rozpaczy. Naśladowanie Jezusa wymaga trudu i dyscypliny, lecz w porównaniu z ciężarem, jaki dźwigają na sobie grzesznicy, brzemię Jezusa jest naprawdę lekkie i radosne. Moralność to specyficzna cecha człowieka, która odróżnia nas od zwierząt. Człowiek jest kimś jedynym na tej ziemi, kto potrafi krzywdzić nie tylko innych ludzi, ale nawet samego siebie. Potrafi oszukiwać siebie, popadać w śmiertelnie groźne uzależnienia, stawać się obojętnym na własny los, a nawet targać się na własne życie. To właśnie dlatego moralność jest wyjątkowo ważną formą inteligencji. Dzięki tej inteligencji możemy odróżniać te zachowania, które nas rozwijają i cieszą, od tych zachowań, przez które krzywdzimy siebie czy innych ludzi i popadamy w cierpienie. Człowiek pozbawiony inteligencji moralnej czyni to, co łatwiejsze, chociaż złe i szkodliwe, a nie to, co wartościowsze i mądrzejsze. Na uczenie odróżniania dobra od zła nigdy nie jest za późno. Grzeszność, to zawiła dziedzina i towarzyszy człowiekowi od narodzin aż do śmierci. Przecież rodzimy się już w grzechu pierworodnym. Dlatego nie powinno się jej bagatelizować, albo odkładać na jakiś nieokreślony czas. Dla dzieci nie ma granicy wiekowej, kiedy można je doświadczać w tej sferze. Trzeba zaczynać od początku. Im szybciej, tym będzie łatwiej. Gdy dziecko jest małe, to niemal automatycznie, uczymy je co jest dobre a co złe. Mówimy „nie wolno zabierać bez pytania zabawek kolegi, albo przynosić ich do domu z przedszkola. Tak się nie robi, one nie należą do ciebie.” Od razu podpowiadamy też, jak powinno rozwiązać tę sprawę. Jeśli się boi, to można zaproponować pomoc przy oddawaniu zabawki. Pomimo, że to dla dziecka będzie trudne przeżycie, to powinno naprawić wyrządzone zło. Nawet, jeśli będzie to mała szkodliwość czynu. W ten sposób realizuje się jeden z warunków spowiedzi, zadośćuczynienie. O tym aspekcie często zapomina się przygotowując dziecko do tego sakramentu. Syn mojej znajomej wraz z kolegami stłukł szybę na klatce schodowej. I tylko ona przeprowadziła z nim rozmowę. W efekcie uznali, że powinien przyznać się do winy i ponieść ewentualne konsekwencje. Chłopiec właśnie kończył szkołę podstawową, odważył się pojąć wyzwanie. Wiem, że na uczenie odróżniania dobra od zła nigdy nie jest za późno. Sumienie powinno się ciągle uwrażliwiać. Przygotowywać na spotkanie z Jezusem podczas spowiedzi. Polecam wykorzystywanie różnych okazji, nie tylko wtedy, kiedy dziecko coś przeskrobie; można wykorzystywać oglądane filmy, przeczytane książki, czy gry. Najlepiej, by odbywało się to raczej w spokojnej atmosferze, by nie kojarzyło się z wykonywaniem wyroku. opr. aś/aś Chwalenie się uchodzi za zachowanie w bardzo złym stylu. Coś w sam raz dla ludzi z kompleksami, dorobkiewiczów, pustaków kochających robić szum wokół siebie, no bo jeśli jesteś w czymś naprawdę dobra, inni sami to zauważą i sami cię pochwalą. Nie musisz ich w tym wyręczać, to po prostu niegrzeczne. Ale w sumie dlaczego?Można zrzucić winę na biednego Jana Brzechwę, ale on raczej tylko zgrabnie opisał to, co większość i tak myśli, bez czytania wierszy. Unikamy chwalenia się, ponieważ odbierane jest ono jako chęć wywyższenia się cudzym kosztem. Wolimy się umniejszać, w nadziei, że ktoś gorąco zaprzeczy i obdarzy komplementem, to wydaje się naturalniejsze. Życie jednak pokazuje, że skromność nie zawsze nie jestem warta uwagiCzyż słuchanie komplementów nie jest miłe? Ależ bardzo! Wiele rzeczy robimy właśnie po to, by ktoś nas docenił i pochwalił, gdy jednak faktycznie tak się dzieje, nagle czujemy się nieswojo. Ileż to razy kobiety czuły się zażenowane, słuchając zasłużonych komplementów, jak gdyby ktoś chciał tymi słowami zrobić przykrość, a nie wyglądasz! A gdzie tam, zobacz jaki tyłek, zresztą kiecka gdzieś z dna szafy. Awansowałaś? Gratuluję! Weź daj spokój, nic wielkiego, szef miał dobry humor, to mi się udało. Ale piękne ozdoby masz na oknach! E tam, takie tam drapaki, zgapiłam z wielki kłopot, by na miłe słowa odpowiedzieć po prostu z uśmiechem ‘dziękuję’. Nie, osoba chwalona czuje się komplementów niegodna, machnie ręką, no bez przesady, to nic takiego, nie ma o czym mówić. Jeszcze trudniej jest wypowiedzieć miłe słowa o sobie samej. Powiedzieć na spotkaniu z przyjaciółkami – ależ wyszło mi fantastyczne ciasto, no musicie spróbować. Albo – dzisiaj w robocie wpadłam na genialny pomysł, nawet szef był pod wrażeniem. No bo po co to mówić? Że ciasto dobre, koleżanki same się przekonają, przecież jest na stole, zaraz wezmą i spróbują. Dobry dzień w pracy? Gościom może też coś fajnego wyszło, ale czy trąbią o tym publicznie? Nie, więc i ja nie co w tym złego, że na głos się powie o czymś, z czego jest się dumną? Może nic, lecz chwalenie się wciąż traktowane jest jako poważna wada. Zwłaszcza w wydaniu kobiecym. Dziewczynki uczy się, że mają być skromne, a uległość to jedna z najważniejszych zalet, i dlatego dorosłe kobiety nie potrafią mówić o swoich atutach, wstydzą się tego, boją się, że wyjdą na agresywne, niekobiece, niesympatyczne. Bądź tak bardzo chcą zerwać z wizerunkiem nieśmiałej kobietki, że przeginają w drugą stronę, uważają, że wszystko wiedzą i robią najlepiej, a reszta świata może im niech inni zobacząPokutuje zasada, że jeśli jest za co pochwalić, to ludzie na pewno to zrobią. Nie musisz mówić, że radzisz sobie w pracy, inni to widzą. Rodzina wie, że dbasz o porządek. To żadna tajemnica, że grasz w siatkówkę, składasz origami, zwiedzałaś Machu Picchu, nie trzeba tego rozgłaszać całemu światu. A co jeśli ktoś tych atutów mimo wszystko nie dostrzega? Cóż, najwyraźniej te osiągnięcia nie są tak wspaniałe, jak ci się może jest na odwrót, osiągnięcia wspaniałe są, tylko inni to ignorują? W takim razie dobrze by było ich uświadomić. Ale jak? I tu leży pies pogrzebany, bo to nie tyle chwalenie się jest złe, ile wykonanie i ‘wrażenia artystyczne’. Łatwo stać się arogancką samochwałą, jak w wierszyku Brzechwy – pochwalnych słów jest za dużo, są przejaskrawione, w dodatku powtarzane dziesiątki razy. Schowane pod płaszczykiem ‘nieszczęścia’ (och, to już dziesiąty facet dzisiaj mnie podrywał, nie wiedziałam, że z tymi obcisłymi dżinsami będzie tyle kłopotu), co drażni podwójnie, bo mamy jeszcze na dokładkę hipokryzję i zwykłe dopraszanie się o też przechwałki na wyrost, które brzmią raczej jak opowiadanie o wymyślonej, idealnej wersji siebie, a nie tej prawdziwej, zupełnie jak w opowieściach o taaaaakiej rybie, która z każdą kolejną imprezą zyskuje dodatkowe centymetry – a w chwaleniu się powinno przecież chodzić o podkreślenie faktów, nie lepsza od was!Największym grzechem jest jednak to, że chwaląc siebie, umniejsza się innych, wręcz się ich poniża. To bardziej podkreślanie swojej przewagi nad resztą niż duma z własnych osiągnięć. Wysyłanie komunikatu – wy byście tak nie dali rady. Pobiłam was, cieniasy! Widzicie, zawzięłam się i schudłam, nie to co te grube loszki, leniwe i bez silnej woli. Tak, udało mi się, a ty co, nie wiedziałaś, że tak można? Zamiast – okazałam się najlepsza, zrealizowałam swój plan, wytrwałam, nie dałam się słabościom. Bez wtrętów o marności konkurentów, bez przedstawiania ich jako patałachów, nieudaczników i frajerów. Takie stawianie sprawy raczej nie wzbudzi sympatii, zresztą, to poniekąd umniejsza własny sukces, bo skoro oni tacy beznadziejni, to żadna sztuka z nimi chwaleniu trzeba po prostu unikać gwiazdorzenia, popisywania się, wytykania reszcie ich niedostatków, traktowania z góry. Naprawdę można się promować z klasą, zyskując uznanie otoczenia, a nie pełne niechęci spojrzenia. Niestety, nauka tej sztuki jest mało popularna, dlatego wychodzi, jak ludzi bardziej się przechwala niż chwali. Wspomina o czymś, by towarzystwu utrzeć nosa, pokazać, jak bardzo się wyróżnia z tej godnej pożałowania szarej masy. I trudno się wtedy dziwić niechęci do samochwał, bo nikt nie lubi czuć się gorszy. Wolimy, gdy czyjeś słowa stają się inspiracją, zachętą do odważniejszego działania, gdy zaś ktoś pokazuje, że inni to dla niego jedynie tło bez wartości, które ma bić oklaski lepszym od siebie, budzi to zrozumiały jest też brak wyczucia. Bo to mało taktowne przez trzy godziny nawijać o podwyżce i nowym super stanowisku, gdy koleżanka tydzień temu wyleciała z pracy i chwyta się dorywczych, mało ambitnych zajęć. Mało sympatyczne, gdy kobiecie, która kolejny raz z rzędu poroniła, pokazuje się przez cały wieczór wszystkie zdjęcia własnych uroczych bobasków. Niezbyt fajne, rozpływać się z zachwytem nad narzeczonym serwującym każdego poranka naleśniki udekorowane serduszkami z czekolady, gdy przyjaciółka jest świeżo po zerwaniu zaręczyn. Czasami naprawdę lepiej się ugryźć w język, bo mówiąc o sobie kopie się leżącego, a to na pewno nie jest czyn godny tutaj jestem!Zniechęcane do chwalenia się nie umiemy tego robić również wtedy, gdy decyduje to o naszej przyszłości. To między innymi przez przesadną skromność gorzej radzimy sobie na rynku pracy, bo nie wiemy jak się zareklamować, unikamy ryzyka, rzadziej negocjujemy podwyżki oraz awanse. Boimy się, że nie jesteśmy wystarczająco dobre, ponieważ samoocenę uzależniamy od opinii środowiska, a ono nie zawsze nas docenia. Zwłaszcza w pracy, gdzie każdy skoncentrowany jest na własnej jednak przez lata się słyszało, że wystarczy poczekać, aż świat dostrzeże naszą wartość i wyciągnie życzliwą rękę, to strasznie ciężko wyjść przed szereg, by zademonstrować swoje atuty. A jak się ośmieszę? A jeśli nie mam racji? A może inni są jeszcze lepsi? Nie, bezpieczniej się nie wychylać, zamiast tego trzeba jeszcze ciężej popracować i upragniona chwała nadejdzie. Ona zaś często nie nadchodzi, bo jesteśmy w pracy, a nie utopijnym raju, gdzie dobro zawsze zwycięża. Dlatego górą są zwykle ci, którzy potrafią w umiejętny sposób podkreślić swoje zasługi i tu pojawiają się kolejne schody, bo nie zawsze wiadomo, kiedy wypada się pochwalić i co dokładnie należy powiedzieć – często próba autopromocji wygląda jak desperacka prośba o uznanie albo podszyta agresją litania wyrzutów, czemuż to nikt, do diabła, nie widzi, jak haruję. Brakuje konkretów i przekonania o słuszności własnych wpierw trzeba mieć się, czym pochwalić. Autopromocja tak źle się kojarzy, ponieważ coraz częściej to tylko efektowna sprzedaż małowartościowych rzeczy. Takie, brzydko mówiąc, g… w błyszczącym, złotym papierku. Widać to w reklamie, widać to także u ludzi – wystarczy ładna otoczka i właściwy dobór słów, kompetencje są mało istotne. Czcze ona mówi?Można to zmienić, chwaląc się wiarygodnie, bez fantazjowania i zabawy w mistrza fałszywego marketingu. Chwalenie się z umiarem i wyczuciem przynosi dużo większe profity niż pokorne czekanie w kącie, aż jacyś dobrzy ludzie odnajdą – dzięki temu kobiety wreszcie mogłyby pozbyć się tego nieprzyjemnego uczucia wiecznego niedocenienia, które nierzadko jest efektem właśnie tej przesadnej skromności i strachu przed łatką chwalipięty. Aczkolwiek ten strach nie jest tak zupełnie nieuzasadniony, bo co z tego, że elegancko zwrócimy uwagę na własne przymioty, jeśli druga strona zaraz dopatrzy się w tym najpodlejszych wiemy, jak się dobrze chwalić, nie wiemy też, jak na takie wypowiedzi reagować, nawet gdy nie ma w nich cienia bufonady. Po co ona to mówi? Chce mi dogryźć? Nierzadko bierzemy te słowa bardzo do siebie – aha, ona chwali się udanym projektem, pewnie chciała subtelnie wytknąć, że mnie szef objechał trzy tygodnie temu. Dla jednych chwalenie się jest czynnością niepotrzebną, czymś małostkowym, świadczącym o zarozumiałości. Zwykła chełpliwość. Ale drudzy ripostują – a niby czemu nie wolno mówić o sukcesach? One nie spadły z nieba. Milczeć, bo leniom jest przykro? Niech się wezmą za siebie, bo najwyraźniej to im doskwiera, że oni niczym nie mogą się pochwalić, i chcą by wszyscy zeszli do ich miernego kłuje w oczy, bo w wielu przypadkach po prostu wywołuje zazdrość, że ktoś się czegoś nauczył, zdobył się na odwagę, rozwinął w sobie pożądane zalety. I tu bardzo wiele zależy właśnie od odbioru, czy uzna się historię za inspirującą, czy obudzi ona potwora o zielonych oczach. Będzie się w stanie okazać szacunek do włożonej pracy? Czy może skwituje się to złośliwym ‘phi, też mi powód do dumy’?

czy chwalenie się jest grzechem